Skip to content

Dzień godzina po godzinie – W podróży do NYC

Pisząc tego posta siedzę w moim nowym pokoju i przygotowuję się do nowego życia w Stanach. Za chwilę jadę z moją hostką do banku, następnie na zakupy. Muszę się rozpakować i przyzwyczaić do nowego miejsca. Tak wiele nauki jeszcze przede mną. Ale wcale mnie to nie martwi. Jestem szczęśliwa i podekscytowana.

Dziś mam dla Was post, który bardzo dobrze przyjął się kiedy leciałam do Hiszpanii. Dzień z życia w zdjęciach. Starałam się robić te zdjęcia co godzinę, nawet ustawiłam budzik, jednak okazało się to niełatwe. Mimo wszystko mam dla Was trochę fotek z tego dnia i parę ciekawych historii z mojej podróży, która zaczęła się 20-go marca o godzinie 7 rano…

7:33

Cały weekend przed wylotem spędziłam w Dęblinie z moją przyjaciółką Olą. W poniedziałek obudziłam się przed budzikiem. Nie jestem pewna czy ze stresu czy z podekscytowania. Kiedy podniosłam swoje zmęczone ciało z łóżka moim oczom ukazał się powyższy widok. Kto by się spodziewał śniegu 20-go marca? Ja nie…

8:11

Ola nadal śpi, a ja zapełniam kartki pamiętnika, maluję się i robię zdjęcia. Wmawiam sobie, że mnie ta cała podróż nie rusza. Że wszystko będzie dobrze, że będzie łatwo. Przecież wszystko jest zaplanowane…

9:39

Okazuje się, że nawet jak jest zaplanowane, to nie oznacza, że tak właśnie będzie. Dowiaduję się, że Natalka nie może mnie zawieźć na lotnisko. Myślę, stresuję się, kombinuję. Co by tu zrobić? Piszę do koleżanki. Czekam na odpowiedź. Rozmawiam z Olą.

10:45

Jestem już w pociągu do Warszawy. Zdążyłam. Chociaż byłyśmy dosłownie 2 minuty przed czasem. Na szczęście pociąg się spóźnił. Ja muszę być zawsze przed czasem. Inaczej się stresuję i zaczyna mi odwalać. Tym razem się udało…

11:33

W drodze. Dalej myślę co zrobić. Już wiem, że dziewczyna, która leci ze mną nie będzie mogła po mnie zajechać. A, zapomniałam napisać o bardzo istotnej rzeczy. Oczywiście mogłabym jechać na lotnisko autobusem, dla mnie to żaden problem, w końcu do Hiszpanii też leciałam z dwoma walizkami i sama się odwiozłam na lotnisko. Jednak w sobotę, kiedy razem z kolegą Oli szłam do jego mieszkania z walizkami, aby zostawić je tam na weekend, w mojej dwudziestopięciokilogramowej walizce zepsuło się kółko…

12:21

Dojechałam do Warszawy. Idę Na Wspólną aby ucałować Roksankę i zjeść coś dobrego przed podróżą. Ostatnie spojrzenie na Pałac Kultury…

13:00

Zamówiłam krem z soczewicy, który pochłonęłam w kilka chwil. Na deser tabletki od gardła, przeziębienia i kaszlu. Jak nigdy nie choruję, tak akurat w ten dzień musiałam swoje przejść…

14:55

Brakuje jednej godziny, wiem. Co się działo między 13, a 15? Z Roksaną stwierdziłyśmy, że najlepszym sposobem aby dostać się na lotnisko będzie wzięcie taksówki. Musiałam wypłacić pieniądze z bankomatu, chociaż bardzo się przed tym broniłam, bo w Stanach nic z Polską gotówką nie zrobię. Wypłaciłam więc 40 zł i poszłam do mieszkania chłopaka, u którego zostawiłam walizki. Otworzyła mi jego dziewczyna – super pozytywna osoba. Po kilku minutach rozmowy zapytałam czy nie zawiozła by mnie na lotnisko. W ostatnim czasie była ona kierowcą ubera, więc stwierdziłam, że wolę zapłacić jej za paliwo i fatygę niż dzwonić po taksówkę.

Droga na lotnisko zleciała momentalnie. Rozmawiałyśmy o moich Stanach i jej Chinach. O pracy w Polsce itp. Wysadziła mnie przy samym wejściu na lotnisko, co ciekawe kółko od mojej walizki odrobinę się naprawiło. Kiedy weszłam do środka od razu znalazłam Anię, z którą razem miałyśmy lecieć. Poszłam do odprawy bagażowej i czekała mnie chwila prawdy. Limit bagażu rejestrowanego, to 23 kg. Postawiłam moją walizkę na wagę i moim oczom ukazała się liczba 24,6. Pani odrywając wzrok od mojego paszportu uśmiechnęła się tylko i puściła mi oczko. Obydwie już wiedziałyśmy co to oznacza. Dodałam jeszcze, że bardzo ciężko jest się spakować na rok, a ona się zaśmiała i odpowiedziała: „wyobrażam sobie”. W tej chwili podeszła do niej jakaś blondynka pracująca na tym lotnisku, a ona szybko przesunęła mój bagaż z wagi uśmiechając się do mnie porozumiewawczo.

Odeszłam od jej stanowiska z wielkim uśmiechem na twarzy nieświadoma, że za mną dopiero jedna próba tego dnia…

15:26

W oczekiwaniu na kontrolę bagażu. Moja najmniej ulubiona część. Kosmetyki porozkładane w różnych miejscach, aparat, laptop, kurtka, dokumenty. I pośpiech, zawsze się tam stresuję. Nie inaczej było i tym razem. Kiedy nastała moja kolej wyłożyłam swoją walizkę i zaczęłam wyciągać elektronikę. Kiedy zostałam zapytana, przez dwumetrowego pracownika lotniska, czy mam jakieś płyny, wyciągnęłam z dumą swoje torebeczki z miniaturkami kosmetyków. „Musi się pani zmieścić w tej torebce” powiedział wręczając mi przezroczystą torebkę strunową mniejszą o połowę od mojej… „A to co się nie zmieści muszę wyrzucić?” zapytałam jakby z nadzieją, że może źle zrozumiałam. Popatrzył na mnie tylko znacząco i poprosił abym przeszła na bok i to poprzekładała.

Załamałam się. Specjalnie kupiłam małe kosmetyki aby nie musieć ich pakować do dużego bagażu, a teraz miałam je wyrzucić i decydować czy na orientation wolę wziąć żel pod prysznic czy pastę do zębów. Tragedia…

Przepakowałam się i podeszłam na taśmę. Jeszcze raz upewniając się czy na pewno dobrze rozumiem, zapytałam czy muszę je wyrzucić. Pan dwumetrowy pracownik lotniska popatrzył na mnie z politowaniem i zrobił coś, czego się szczerze nie spodziewałam. Zabrał te kosmetyki, które miały być na ewentualne wyrzucenie i położył je do koszyka pani, która znajdowała się przede mną. Kiedy już przeszłam na drugą stronę bramek, włożyłam je szybko do swojej walizki dziękując przy tym wszystkim wokół. Druga próba za mną. Dziękuję! Ale to jeszcze nie koniec…

16:14

Zjadłyśmy z Anią nasz posiłek przedlotowy. Ja sushi na szybko, jednocześnie rozmawiając z mamą, a Ania sałatkę z Maka. Sprawdzam na szybko telefon, dodaję snapy, zdjęcie na insta, melduję się na fejsie. Wszystko gotowe, można usiąść i czekać na otwarcie bramek. Poczekalnia wypełnia się mężczyznami ubranymi w czarne stroje, w kapeluszach, dziwnych czapkach i z kręconymi pejsami długości moich włosów. Lecimy samolotem, w którym większa połowa pasażerów (i wcale nie wyolbrzymiam), to ortodoksyjni Żydzi. Modlili się przed startem i przed lądowaniem. Musiało być dobrze.

17:15

Siedzimy już w samolocie. Mam miejsce przy oknie. Jestem szczęśliwa. Chwilę wcześniej znów pokonałam przeciwności losu. W swojej małej walizce miałam rzeczy na orientation i laptop, który nie zmieścił mi się w plecaku. Przed wejściem do samolotu pracownicy lotniska sprawdzali wagę każdego bagażu podręcznego. Były dwie kolejki do dwóch panów. Wybrałam tego, który wydał mi się bardziej przyjazny. Przede mną była Ania oraz pani, z którą chwilę wcześniej rozmawiałyśmy. Limit bagażu: 8kg. Ich walizki: 5 kg, 6 kg. Pora na mnie… 9,6 kg. Przyjazny pracownik lotniska udaje, że tego nie widzi. Kolejna próba za mną! Dziękuję dziękuję dziękuję! Szczerze mogę przyznać, że ludzie pracujący na lotnisku Okęcie są bardzo mili i pomocni.

18:00

Jesteśmy już ponad chmurami. Wybrałam lepszą stronę samolotu, dzięki czemu przez ponad 3 godziny mogłyśmy podziwiać zachód słońca. Niesamowite uczucie lecieć w stronę słońca i mieć możliwość patrzeć na pomarańczowe niebo przez tak długi czas.

19:23

Pierwszy posiłek. Szału nie ma, ale dobrze jest coś zjeść. Jednak średnio przemyślałam kwestię przekąsek. Właściwie to zjadłam tylko kilka chipsów jabłkowych i parę daktyli. Dobrze było wypełnić żołądek czymś ciepłym.

19:41

Ciąg dalszy zachodu słońca. Piękne widoki cały czas. Lecimy już ponad 2 godziny, a ja wcale tego nie odczułam. Zostało 7.

19:55

Zrobiłam to wcześniej, ale zapomniałam uwiecznić na zdjęciu. A muszę o tym wspomnieć. Mam najlepsze przyjaciółki na świecie i będę o tym pamiętać zawsze! Poprosiłam aby napisały mi listy na podróż. Bardzo chciałam móc przeczytać coś miłego będąc w chmurach i lecąc do miasta z moich snów. Ola, Ewelina i Natalka napisały mi tak niesamowite listy, że popłakałam się po pierwszych słowach i nie mogłam przestać aż skończyłam czytać. Jestem naprawdę wdzięczna za to jakich ludzi mam wokół siebie. Mam na myśli również tych, o których tu nie wspominam. Jest ich zbyt wielu aby napisać o nich w tym poście. Ale ty wiecie kim jesteście.

20:26

Ja lecę nad oceanem, a moje przyjaciółki oglądają mój lot siedząc w Polsce i wysyłają mi snapy. Super mieć takich ludzi. A za mną dopiero 3 godziny lotu. Jeszcze 6.

 

21:28

Za oknem już ciemno, więc zdjęcia z wnętrza samolotu. Film „polowanie na druhny”. Oglądamy.

00:34

Kilka godzin później… Jesteśmy coraz bliżej :)

1:42

Jeszcze chwila, już zaraz będziemy. A teraz ciekawostka: Wzięłam ze sobą dwie książki, notesy, zastanawiałam się jak zasnę w tym samolocie i jak bardzo będzie mi tam źle przez te 9,5 g lotu. A tu niespodzianka, zleciało mi bardzo szybko, nie bolało mnie nic, czego się najbardziej obawiałam. I nawet na chwilę nie zmrużyłam oka. Sama nie wiem jak to się stało, przecież ja nawet jadąc do Warszawy próbuję spać jak najdłużej, a tu nic. Z jednej strony, to dobrze, szybko mi zleciał ten czas mimo wszystko. Jednak później zmęczenie osiągnęło bardzo wysoki poziom…

2:31

Nowy Jork. Lądujemy. Za chwilę będę na amerykańskiej ziemi. Nie mogę się już doczekać. Będzie idealnie. Wysiądę z samolotu, a wszystko pójdzie szybko i sprawnie. Tak mi się wydawało… Ale czekała mnie kolejna próba. Tym razem trochę inna.

Kiedy wysiadłyśmy z samolotu, udałyśmy się do kolejki dla ludzi z wizą amerykańską. Widziałam Anię przede mną. Podeszłam do swojego okienka, gdzie pan pracownik amerykańskiego lotniska przywitał mnie pytaniem: „Why are you so confused?” Trochę się zdygałam, ale poszło naprawdę szybko. Mogłam iść odebrać swój bagaż, ale nigdzie nie widziałam Ani, która swoją drogą, miała mój telefon. Razem z dwoma dziewczynami szukałyśmy jej z 20 minut. W końcu zdecydowałyśmy iść na zewnątrz i tam się rozejrzeć.

Okazało się, że Ania została zabrana do biura, gdzie musiała siedzieć 20 minut bez żadnej informacji o tym dlaczego tam jest i co się dzieje. Na szczęście kiedy wyszłyśmy na zewnątrz ona już tam była i znalazłyśmy się w odpowiednim momencie.

Przyszła po nas pani z agencji AuPair in America i razem dołączyłyśmy do paru innych dziewczyn z Meksyku, Kolumbii i jeszcze skądś tam. Jednak musiałyśmy czekać na pozostałe dziewczyny. Siedziałyśmy na tym lotnisku kilkadziesiąt minut, a ja marzyłam tylko o prysznicu i łóżku…

4:38

Oczywiście cały czas mówię o czasie polskim. W Nowym Jorku jest dopiero 23:38. Jedziemy do hotelu. Początkowo próbuję podziwiać to, co znajduje się za oknem, światła miasta, szukam znajomych z filmów widoków. Jednak po kilkunastu minutach poddaję się zmęczeniu i zasypiam z otwartą buzią. Budzę się chwilę przed naszym hotelem. Tak, w końcu będę mogła iść spać! Oh nie… Jeszcze pół godziny w lobby, szybki prysznic, wifi, dodać snapy, napisać, że żyję i ostatecznie około 5:30 czasu polskiego mogę iść spać. Po 5 godzinach pobudka i kolejny bardzo zajęty dzień. Ale o tym już innym razem…


INSTAGRAM | FACEBOOK | snapchat: POWERPINKYX