Historie z podróży – KUBA , Hawana

Kuba od dawna była jednym z moich top 3 miejsc do odwiedzenia. Zaraz obok Los Angeles i Bali, na mojej liście znajdowała się tajemnicza Kuba. Dlaczego? Jako fotograf zawsze szukam pięknych, malowniczych i dobrze wyglądających na zdjęciach miejsc. Dlatego właśnie ten komunistyczny kraj wydał mi się tak bardzo interesującym miejscem.

Jeszcze zanim wyjechałam z Polski, wiedziałam, że będąc w Stanach na pewno odwiedzę Kubę. Nie było to wcale takie trudne. Swoją podróż planowałam na koniec 2018 roku, jednak kiedy w lutym wróciłam z Polski, moja przyjaciółka zapytała mnie czy mam ochotę wybrać się z nią i dwoma innymi dziewczynami na 9-dniowe wakacje do Meksyku i właśnie na Kubę. Zapytałam tylko moich hostów o zgodę i pozostało mi odkładanie pieniędzy.

Naszym pierwszym przystankiem był Meksyk. W końcu nadszedł ten dzień, kiedy z Cancun leciałyśmy do Hawany. Był to jeden z najkrótszych lotów w moim życiu. Po 45 minutach w małym samolocie, wylądowaliśmy na lotnisku w stolicy Kuby. Od razu ustawiłyśmy się grupą w kolejce do rozmowy z urzędnikiem. W pewnym momencie podszedł do nas jeden z pracowników lotniska i poprosił o nasze paszporty, zadając przy tym pytania o cel naszej wizyty i naszą podróżniczą przeszłość. Ostatecznie oddał nam ostatni paszport uśmiechając się i mówiąc: „Welcome to Cuba”.

Dalsza część była już tylko formalnością. O dziwo w moim paszporcie nie zawitała nowa pieczątka. Pokazałam wizę, którą kupiłam kilka godzin wcześniej w Meksyku i mogłam iść dalej. Na lotnisku panował gwar i chaos. Taksówkarze naganiali turystów, zachęcając do skorzystania z ich usług. Po wymianie kilku dolarów w tamtejszym kantorze, zdecydowałyśmy się wziąć jakiekolwiek kierowcę i po prostu jechać do hostelu.

Kiedy dotarłyśmy na miejsce okazało się, że jest za wcześnie żebyśmy mogły się zameldować. Zostawiłyśmy więc walizki i udałyśmy się na miasto aby wymienić resztę pieniędzy w banku. W tamtym momencie w ogóle nie czułam, że jestem na tej swojej wymarzonej Kubie. Jedyne o czym myślałam, to sen i odpoczynek. Kiedy wróciłyśmy z banku, wszystkie położyłyśmy się w naszych łóżkach i odpłynęłyśmy. Obudziłam się po około 2 godzinach, robił się wieczór.

Stwierdziłam, że szkoda marnować reszty dnia i razem z dwoma innymi dziewczynami ruszyłyśmy w poszukiwaniu kolacji. Trafiłyśmy na knajpę bardzo blisko naszego hostelu, w której stołowałyśmy się przez resztę wyjazdu. W końcu niełatwo jest znaleźć miejsce, gdzie za 4$ ma się zestaw: duża pizza + Heineken.

Miałyśmy też okazję zobaczyć kawałek miasta. Już tamtego wieczora wiedziałam, że Hawana jest wyjątkowa. Nasz hostel położony był w samym centrum starej Hawany. Z naszego okna mogłyśmy podziwiać prawdziwe życie prawdziwych Kubańczyków. Zakochałam się w tych ludziach od pierwszego wejrzenia…

Po drodze z banku zaczepiali nas taksówkarze – właściciele pięknych kolorowych aut. Takich, jakie się właśnie z Kubą kojarzą. Umówiłyśmy się z jednym chłopakiem na kolejny dzień. Za 150$ miał nas zawieźć do Vinales, spędzić tam z nami cały dzień, pokazać najciekawsze miejsca i przywieźć z powrotem do Hawany.

Kolejnego ranka, podczas śniadania w naszym hostelu, poznałyśmy polską rodzinę, która również rozpoczynała swoje wakacje w Hawanie. Nasz kierowca przyjechał punktualnie i mogliśmy jechać do Vinales. Droga trwała około 2h, a nasz taksówkarz nie oszczędzał pedału gazu. Jazda takim autem, to niesamowite przeżycie. Widzieć to na zdjęciach, to jedno, jechać tym, to coś zupełnie innego.

Naszym pierwszym przystankiem był punkt widokowy, z którego można było zobaczyć prawdziwe piękno tego miejsca, z dala od miasta. Czysta natura. Tam też zakupiłyśmy pierwsze drinki. Pina colada z prawdziwym kubańskim rumem. Usiadłyśmy przy barierkach z widokiem na dolinę i podziwiałyśmy piękno tej chwili.

Kolejnym punktem była farma tytoniu, kawy, owoców. Pierwszą rzeczą, którą tam zobaczyłyśmy, to produkcja cygar, mogłyśmy nawet spróbować prawdziwego kubańskiego cygara. Ja jednak podziękowałam. Moim ulubionym momentem była jazda konno. Pierwszy raz w życiu siedziałam na koniu. Mało tego, prowadziłam go przez te kubańskie doliny. Dojechałyśmy do miejsca, gdzie pokazano nam jak się robi kawę. Tam też miałyśmy okazję wypić kolejne drinki. Oczywiście wszystko z umiarem. Musiałyśmy przecież na tych koniach jeszcze wrócić. Słuchanie opowieści Kubańczyków powodowało u mnie momenty zadumy i refleksji.

Po powrocie na farmę, pojechaliśmy na obiad. Zamówiłyśmy zestaw różnych rzeczy, których tak naprawdę się na Kubie nie spodziewałam. Na dużych talerzach były ziemniaki, pomidory i ogórki w plastrach, surówka, kurczak, ryba. Typowy polski obiad. Do tego oczywiście mojito, czyli trzeci tego dnia drink. Podczas tego obiadu w knajpie grał zespół, który angażował innych ludzi do gry. Świetnie się tam bawiłyśmy i aż żal było nam wyjeżdżać.

Ostatnim miejscem w Vinaleles były jaskinie. Kierowca zostawił nas w jednym punkcie, miałyśmy wejść do środka, iść do punktu, gdzie zaczynała się woda i przepłynąć do kolejnego punktu, gdzie on miał na nas czekać. Kiedy wysiadłyśmy, jego nigdzie nie było. Nie mogłyśmy go znaleźć przez kilka minut i zaczynałyśmy się martwić. Zapytałyśmy o pomoc kobietę, która tam przechodziła. Miała ze sobą tylko kosz bananów. Niestety nie mówiła po angielsku. Powiedziałyśmy, że jesteśmy z Polski i nagle usłyszałam z jej ust coś, co zapamiętam do końca życia. „Mydło, długopis, banany.” Mówiąc to pokazywała na nas i na siebie trzymając w ręku malutkie banany. Akurat miałam przy sobie długopis. Kiedy jej go wręczyłam, ona dała mi to, co sama trzymała w ręku. Popatrzyła na moje towarzyszki i im również wręczyła po bananie. Ta sytuacja uświadomiła mi jak wiele posiadam. Ludzie w Hawanie, chodzą w podróbach markowych ubrań, mają smartfony i co jakiś czas mogą się połączyć z internetem. Ta kobieta mieszkała z dala od dużego miasta i jedyne o co prosiła do długopis i mydło…

W końcu nasz Alvaro zawitał z powrotem i mogłyśmy wracać do miasta. Nie mogłam jednak przestać myśleć o tej kobiecie, którą spotkałyśmy. W tamtym momencie postanowiłam sobie, że jeszcze kiedyś wrócę na Kubę i wezmę ze sobą zapas długopisów.

Kolejny dzień spędziłyśmy na plaży. Niestety nie udało nam się dotrzeć na słynną Varadero Beach. Mimo wszystko miałyśmy ciekawy dzień, opaliłyśmy się, niektóre z nas nawet za bardzo. Ja nauczona doświadczeniem, spędziłam więcej czasu w cieniu, aby nie cierpieć już bardziej. Najlepszym uczuciem jednak było siedzenie w wodzie. Była ona ciepła jak kąpiel w wannie. Tego dnia również nie szczędziłyśmy sobie drinków z rumem oraz chłodnego piwa. Wracałyśmy z naszym kierowcą weselsze niż na tą plażę jechałyśmy. Na szczęście po tym dniu już więcej go nie spotkałyśmy, więc nie musiałyśmy się wstydzić.

Ostatni dzień spędziłyśmy w samej Hawanie, chodziłyśmy po mieście, robiłyśmy zdjęcia, poszłyśmy nawet do hotelu, gdzie mogłyśmy kupić kartę do internetu. Tego dnia wydałyśmy resztę naszych pieniędzy. Odłożyłyśmy sobie na taksówkę, na śniadanie, a resztę… po prostu przepiłyśmy. Wieczór spędziłyśmy w tej knajpie koło naszego hostelu, opróżniłyśmy im lodówkę z piwami. Dołączyła do nas rodzina, którą poznałyśmy kilka dni wcześniej. Jak się okazało, dziewczyna, która było niewiele starsza od nas, była kiedyś au pair w Stanach. Niesamowity zbieg okoliczności.

Poranek do najłatwiejszych nie należał, ale oszczędzę wam szczegółów. Powiem tylko, że ja czułam się w porządku. O wyznaczonej godzinie, przyjechała nasza taksówka. Niestety na lotnisku okazało się, że mój samolot, jako jedyny odlatuje z zupełnie innego terminala. Złapałam na szybko jakiegoś kierowcę, z bardzo starym i zniszczonym autem. Zapłaciłam mu za te kilka minut jazdy 5$. Przyjechałam na terminal, który wyglądał jak stary polski dworzec PKS. Dopiero przechodząc odprawę dostałam pieczątkę potwierdzającą, że byłam na Kubie. Zdążyłam kupić jakieś ciastka i chipsy, bo nic innego tam nie było. Kiedy szłam do łazienki dostałam od pani jeden kawałek papieru toaletowego. Nie chcę myśleć co by było, gdybym potrzebowała iść tam na dwójkę…

Po wyjściu z toalety ustawiłam się w kolejce do samolotu. Kiedy wylądowałam na lotnisku w Newark (NJ) zostałam zapytana o cel mojego wyjazdu na Kubę. Powiedziałam szczerze, że spędziłam tam swoje wakacje. Usłyszałam tylko „Welcome back” i mogłam iść dalej. Poczułam się wtedy, jakbym wracała do domu…

Ten wyjazd uświadomił mi bardzo dużo. Miałam okazję zobaczyć zupełnie inny świat. Wiem, że na przestrzeni kilku ostatnich lat, wiele się tam pozmieniało. Zdecydowanie nie spodziewałam się zobaczyć ludzi ubranych z koszulki gucci, sklepów nike czy reklam smartfonów. Widać, że Kuba idzie naprzód. Dalej są jednak miejsca, gdzie ta technologia nie dochodzi. Internet jest bardzo słaby i dostępny tylko ze specjalną kartą i na określony czas. Niektóre aplikacje, jak np Snapchat w ogóle nie działają. Ale spotkałyśmy wiele osób, które miały konto na Instagramie. Ludzie, którzy pracują w turystyce, zarabiają o wiele większe pieniądze i tak naprawdę pracują na siebie. Nasz taksówkarz miał wielki złoty zegarek, zawsze był dobrze ubrany, każdego dnia inaczej. Jego auto było zadbane i widać, że dobrze mu się żyło. Każdego dnia, jeśli robił taki kurs jak my zarabiał kilkakrotnie więcej pieniędzy niż miesięcznie zarabia przeciętny Kubańczyk pracujący dla państwa.

Jedno co mogę powiedzieć już teraz, wiem, że kiedyś jeszcze tam wrócę. Zafascynowało mnie to miejsce i ci ludzie. Nigdy nie spotkałam tak miłych i pomocnych ludzi. Do tego czułam się tam bardzo bezpiecznie, nawet w nocy. Póki co, jest jeszcze kilka miejsc, do odwiedzenia, ale jak przyjdzie czas, to wrócę na Kubę bez zastanowienia. Wam również to polecam.

Instagram: @milena.olbrys